Wstrząsy i pląsy

Wpis

sobota, 15 października 2011

Kibole

        

 

 

 

Fatalny zbieg okoliczności sprawił, że Miłosz znalazł nagle w samym centrum chuligańskiej rozróby. Pech chciał, żeby właśnie na Łazienkowskiej odmówił mu posłuszeństwa nie najnowszy już samochód. Silnik zakrztusił się i zgasł w momencie, kiedy z bramy stadionu Legi wylewał się tłum pijanych i najaranych szalikowców. Nabuzowana tłuszcza błyskawicznie opanowała przestrzeń uliczną niczym chmura szarańczy zieloną, herbacianą, plantację. W świetle ulicznych latarni ludzka zgraja wyglądała jednak znacznie groźniej od inwazji żarłocznych owadów. Rozjątrzeni niepomyślnym dla nich wynikiem piłkarskiego meczu rzucili się demolować, za ciężkie, społeczne pieniądze zmodernizowany obiekt sportowy, tuż po ostatnim gwizdku sędziego kończącego sportową rywalizację. Jak wezbrana rzeczna fala niesie ze sobą szczątki połamanych i porwanych przez prąd wody drewnianych nadrzecznych budowli i urządzeń tak ten tłum wściekłych kiboli niósł ze sobą setki wyrwanych z trybun plastikowych siedzisk. Chwilę później rozległy się głuche odgłosy walenia tymi odłamkami tworzywa w zaparkowane w pobliżu samochody. To była zaledwie uwertura przed wybuchem jazgotu składającego się z dzikich wrzasków poekscytowanych łobuzów, brzęku szyb tłuczonych uderzeniami wyrwanej chodników kostki brukowej.

- Legia!!! Legia! - skandowała dzicz.

- Żydzi do gazu! Żydzi do gazu! – wtórowała jej następna fala kiboli.

- Legia - Dżihad! – darła jak opętana rozlewająca się przed stadionem kibolska nawała.

Miłosz zaskoczony budzącym grozę zamieszaniem na Łazienkowskiej patrzył z uzasadnionym niepokojem na rozwój sytuacji. Usłużna pamięć podsunęła mu kilka tragicznych epizodów sprokurowanych przez podróżujących po Europie, za swymi kultowymi zespołami kibicujących im łobuzów. Zwłaszcza tych zepsutych do szpiku kości z Wysp Brytyjskich, którzy w latach osiemdziesiątych budzili strach wśród ludności miast organizujących wielkie futbolowe widowiska. Najbardziej utkwił mu w pamięci oglądany z taśmy mecz Juventusu Turyn z Liverpoolem rozegrany w Brukseli na starym stadionie Heysel. Ów tragiczny obraz utrwaliły mu wspomnienia ojca, do których tak często powracał. Dziwił się, że organizatorzy odważyli się na rozegranie piłkarskiego meczu, który w świetle poprzedzającej go tragedii nie powinien się odbyć ani tam wtedy, ani w żadnym innym miejscu i terminie. Zanim rozpoczęło się spotkanie rozwydrzona angielska chuliganeria ruszyła do szturmu na włoskich kibiców łamiąc po drodze żelazne bariery. Wśród uciekających sympatyków Juwe wybuchła panika, kiedy zawaliła się na nich ściana trybuny. Niektórzy zginęli od razu pod gruzami, inni zostali stratowani podczas panicznej ucieczki. Bilas strat ludzkich zamknął się liczbą 39 zabitych i 600 rannych. Mecz rozegrano na pobojowisku nasyconym zapachem śmierci. Zacięte spotkanie wygrał Juwentus. Sędzia jak gdyby w ramach rekompensaty za doznaną krzywdę podyktował rzut karny zamiast rzutu wolnego po faulu na szarżującym Zbigniewie Bońku, kilka metrów przed linią pola karnego. Jedenastkę wykorzystał wielki Platinni. Radości po zdobyciu bramki musiał się później nie raz wstydzić.

    Miłosz szybko jednak porzucił wspomnienia, bowiem znajdował się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Na ulicy gęstniał tłum szalikowców. Przez szyby samochodu obserwował budzące grozę, wykrzywione grymasem jakiegoś szaleństwa twarze tych młodych, dobrze odżywionych, silnych ludzi. Jakaś wewnętrzna potrzeba wyładowania agresji, płynąca i unosząca się na oparach wypitego alkoholu oraz ślepa podnieta wzbudzona działaniem prochów pchała ich naprzód w poszukiwaniu celów do pogruchotania, zdeptania i unicestwienia. Byli blisko, gdyby nieoddzielające ich szkło czułby te gorące, smrodliwe oddechy najaranych i napitych agresorów. Wypełniali podobne autentycznemu pole bitwy zasnute dymem rozświetlanym raz po raz błyskami odpalanych, pirotechnicznych ładunków. Zadyma wchodziła w fazę kulminacji. Miłosz zauważył, że kilkunastu miotających się w transie chuliganów próbowało wywrócić stojącego nieopodal peugeota. Dźwigali niewielkie auto z jednego boku odrywając koła od podłoża, za każdym razem coraz wyżej, aż przekręciło się i upadło na dach. Podochocona sukcesem zgraja rzuciła się teraz do unieruchomionego samochodu Miłosza. Obecność człowieka w środku zdawała się zwiększać ich motywację do wzmożenia niszczycielskiej pasji, a on w obliczu zwiększającego się zagrożenia musiał dokonać trudnego wyboru: Opuścić samochód wystawiając się na bezpośredni atak zwyrodnialców, który mógł mu przynieść kalectwo a nawet śmierć, albo pozostać, ryzykując spalenie się żywcem w wywróconym i podpalonym aucie. Widać nie było mu jednak dane poznać ból i upokorzenie, jakie dosięgają człowieka rzuconego przez los na pastwę ludzkiego okrucieństwa. Potężny strumień wody wstrząsnął przez chwilę samochodem odrzucając od niego szarżujących jak rozwścieczone szerszenie napastników. Jak tylko woda opadła uwięziony w samochodzie człowiek zobaczył szpaler uzbrojonych, osłoniętych przezroczystymi tarczami policjantów spychających z głównej sceny wydarzeń siejących zniszczenie stadionowych bandytów. Miłosz odetchnął głęboko. Poczuł jak ogarnia go uczucie niezmiernej ulgi. Czuł się jakby wrócił z dalekiej, niebezpiecznej podróży. Posiedział chwilę zastanawiając się, co powinien teraz zrobić. Machinalnie sięgnął ręką do kluczyka stacyjki. Cofnął się jednak, bo przypomniał sobie, że rozrusznik rzęził ledwie, kiedy próbował wcześniej uruchomić zgaszony bez powodu silnik. Machnął bezradnie ręką i już zamierzał zadzwonić po pomoc drogową. Coś jednak nie dawało mu spokoju, więc jeszcze raz przekręcił kluczyk w stacyjce. Ku własnemu osłupieniu usłyszał krótki, mocny rechot a silnik natychmiast zaskoczył. Wszystko odbyło się tak szybko i sprawnie, że zdumiony cudownym odzyskaniem sprawności samochodu kierowca siedział przez chwile bez ruchu zanim wrzucił bieg i odjechał w stronę placu Trzech Krzyży.    Miłosz szybko jednak porzucił wspomnienia, bowiem znajdował się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Na ulicy gęstniał tłum szalikowców. Przez szyby samochodu obserwował budzące grozę, wykrzywione grymasem jakiegoś szaleństwa twarze tych młodych, dobrze odżywionych, silnych ludzi. Jakaś wewnętrzna potrzeba wyładowania agresji, płynąca i unosząca się na oparach wypitego alkoholu oraz ślepa podnieta wzbudzona działaniem prochów pchała ich naprzód w poszukiwaniu celów do pogruchotania, zdeptania i unicestwienia. Byli blisko, gdyby nieoddzielające ich szkło czułby te gorące, smrodliwe oddechy najaranych i napitych agresorów. Wypełniali podobne autentycznemu pole bitwy zasnute dymem rozświetlanym raz po raz błyskami odpalanych, pirotechnicznych ładunków. Zadyma wchodziła w fazę kulminacji. Miłosz zauważył, że kilkunastu miotających się w transie chuliganów próbowało wywrócić stojącego nieopodal peugeota. Dźwigali niewielkie auto z jednego boku odrywając koła od podłoża, za każdym razem coraz wyżej, aż przekręciło się i upadło na dach. Podochocona sukcesem zgraja rzuciła się teraz do unieruchomionego samochodu Miłosza. Obecność człowieka w środku zdawała się zwiększać ich motywację do wzmożenia niszczycielskiej pasji, a on w obliczu zwiększającego się zagrożenia musiał dokonać trudnego wyboru: Opuścić samochód wystawiając się na bezpośredni atak zwyrodnialców, który mógł mu przynieść kalectwo a nawet śmierć, albo pozostać, ryzykując spalenie się żywcem w wywróconym i podpalonym aucie. Widać nie było mu jednak dane poznać ból i upokorzenie, jakie dosięgają człowieka rzuconego przez los na pastwę ludzkiego okrucieństwa. Potężny strumień wody wstrząsnął przez chwilę samochodem odrzucając od niego szarżujących jak rozwścieczone szerszenie napastników. Jak tylko woda opadła uwięziony w samochodzie człowiek zobaczył szpaler uzbrojonych, osłoniętych przezroczystymi tarczami policjantów spychających z głównej sceny wydarzeń siejących zniszczenie stadionowych bandytów. Miłosz odetchnął głęboko. Poczuł jak ogarnia go uczucie niezmiernej ulgi. Czuł się jakby wrócił z dalekiej, niebezpiecznej podróży. Posiedział chwilę zastanawiając się, co powinien teraz zrobić. Machinalnie sięgnął ręką do kluczyka stacyjki. Cofnął się jednak, bo przypomniał sobie, że rozrusznik rzęził ledwie, kiedy próbował wcześniej uruchomić zgaszony bez powodu silnik. Machnął bezradnie ręką i już zamierzał zadzwonić po pomoc drogową. Coś jednak nie dawało mu spokoju, więc jeszcze raz przekręcił kluczyk w stacyjce. Ku własnemu osłupieniu usłyszał krótki, mocny rechot a silnik natychmiast zaskoczył. Wszystko odbyło się tak szybko i sprawnie, że zdumiony cudownym odzyskaniem sprawności samochodu kierowca siedział przez chwile bez ruchu zanim wrzucił bieg i odjechał w stronę placu Trzech Krzyży.

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
wdajcz
Czas publikacji:
sobota, 15 października 2011 20:34

Polecane wpisy